DO ŹRÓDEŁ CZASU

2017-08-17 19:44:28
EPIDEMIA

Dzień, w którym się zaraziłem, przewija mi się przed oczami jak zdjęcia w fotoplastykonie. Targ odpustowy w jakimś śląskim mieście, strzelisty kościół z cegieł. Różańce, święte obrazki, krucyfiksy. Cygan z akordeonem i gromada obszarpanych dzieci. Blaszane zegarki, pierzaste koguciki, baloniki na druciku. Wata cukrowa i pistolety na wodę. Zapach smażonej kiełbasy, piwa, ruskich fajek. Odświętnie ubrani rodzice, ortaliony i wąsy, trwała ondulacja i spódnica w panterkę. Sprzedawca kaset disco-polo w dżinsie od stóp do głów. Kruche arcydzieło grupy Rex na motywach ''What is love'' Haddawaya. ''Będę Cię kochał, wciąż kochał... Jak nikt''.

Za stoiskiem z kasetami rozłożone na trawie książki. Harlequiny, komiksy, biała seria PIW i pamiętniki Anastazji P. Stojący nad nimi bukinista w okularach jak denka od butelek. Zaczynam grzebać w jego towarze i wyciągam czarną piękność w miękkiej oprawie. Łososiowe litery tytułu jak neon tajemniczej świątyni. ''Zawodowcy. Wielkie walki wszech czasów''. Pierwszy tom serii wydawnictwa KASK. Autorzy: Jan Skotnicki (dużymi literami) i Sławomir Rojek (mniejszymi literami). Na okładce czarnoskórzy bokserzy: Sonny Liston i Floyd Patterson. Dokładnie podane wszystkie ich parametry: wiek, długość kariery, zwycięstwa, porażki, wzrost, waga, rozpiętość ramion, obwody klatki piersiowej, pasa, bicepsa i pięści. W środku tomu opisy najważniejszych walki w historii wagi ciężkiej, ilustrowane rycinami i zdjęciami.

Był to irlandzki awanturnik i kobieciarz, który mimo braku wykształcenia (miał kłopoty nawet z podpisaniem się) zdołał przedostać się do śmietanki towarzyskiej i zdobyć olbrzymi majątek szacowany na 500 tysięcy funtów.

Szczupłej budowy ciała, nie imponował szeroką klatką ani potężnymi bicepsami. Był jednak piekielnie szybki w rękach i potrafił zadawać niezwykle celne i precyzyjne ciosy w każdej niemal sytuacji. Odznaczał się również cudowną pracą nóg, stosował błyskawiczne side-stepy, zwody i zejścia z linii ciosu. Jego footwork dziś uznano by już pewnie za archaiczny, ale wówczas był to kunszt zupełnie niespotykany (...).

Ostatnia wiadomość o nim pochodzi z roku 1911, kiedy to został skazany w Londynie za napad rabunkowy na wieloletnie więzienie. Prawdopodobnie zmarł w więzieniu kilka lat później (...).

W stanie głębokiej depresji popełnił samobójstwo, strzelając do siebie z pistoletu.


Błagam ojca, żeby kupił tą książkę. Wirus zaczyna działać błyskawicznie. Wracamy do domu samochodem, siedzę na przednim siedzeniu i patrzę w oczy człowieka w białym garniturze, którego zdjęcie i biogram widnieją na tylnej stronie okładki.

Jan Skotnicki - urodzony w 1941 roku, z zawodu lekarz, jest historykiem pięściarstwa i ekspertem w sprawach boksu zawodowego. Współpracuje z amerykańskim ''The Ring'', włoskim ''Pugilato'' i polskim ''Bokserem'' (dawniej ''Boksem''). Od 1984 roku jest członkiem IBRO (International Boxing Research Organization) - międzynarodowej organizacji skupiającej historyków boksu zawodowego. Posiada jedną z największych w Europie kolekcji książek i czasopism o tematyce pięściarskiej, w tym kilka pozycji wydanych jeszcze w ubiegłym stuleciu. Jest autorem sześciotomowej monografii ''The Bare Knuckle Record Book'' i kilku innych książek w języku angielskim.

EGO TRIP

Wiosna 2017 roku. Piszę felietony dla Bokser.org, ''największego europejskiego portalu o boksie''. Przez lata współpracy z tą stroną zdołałem przesunąć granice wrażliwości czytelników, dorobić się chorych psychicznie hejterów i chorych psychicznie kibiców. Wypływam na głębię rok po roku, z dumą zanurzam się w szambie. Obrażam najbogatszych polskich promotorów - na czele z Andrzejem Wasilewskim - i najbardziej zadufanych w sobie dziennikarzy, rozleniwionych nudziarzy w rodzaju Janusza Pindery. Mieszam te bluźnierstwa z artystowskimi reportażami, performansami, wierszami. Popełniam pseudohistoryczne artykuły i typuję wyniki walk, pisząc rozwlekłe analizy techniczne. Słowem, sieję terror na wszystkich frontach, trawiony pięściarską gorączką. Nikogo już nie zdziwi żaden mój wybryk, dlatego...

Czas wrócić do korzeni. Do człowieka, który nosił biały garnitur na okładce ''Zawodowców''. Doktora z rękawicą bokserską zamiast mózgu.

***

Oprócz kilku wzmianek na zagranicznych stronach, Skotnicki właściwie nie istnieje w internecie. Zero zdjęć, artykułów, adresów. Dzwonię do naczelnego Bokser.org, Łukasza Furmana, ''szarej eminencji krajowych ringów''. Furman wspomina czasy, gdy na łamach ''Boksera'' ukazywała się zgrzebna reklama, w której Skotnicki opisywał swoją kolekcję pięściarskich nagrań i oferował możliwość udostępnienia ogromnej ilości walk na kasetach wideo. Pierwsze pensje młodego Furmana były wydawane właśnie na walki od Skotnickiego. Podczas transakcji doktor wyznawał żelazną zasadę - nigdy nie sprzedawał filmów niepełnych, pozbawionych wejść pięściarzy do ringu lub innych elementów zawodowego ceremoniału. Oglądać niepełną walkę to jakby słuchać opery bez uwertury.

Za radą Furmana odnawiam kontakt z adiunktem UG Jarosławem Drozdem, wybitnym historykiem boksu olimpijskiego. Nie rozmawiałem z nim od lat. Adiunkt odciął się od środowiska dziennikarskiego, udał się na dobrowolne wygnanie, poświęcając całą energię badaniom naukowym. Obecnie ''prowadzi stronę polskiboks.pl, koordynuje dla Polskiego Związku Bokserskiego projekt Święta Tradycja i kończy pracę nad czwartym tomem historii żydowskiego pięściarstwa''. Poważny typ. Kiedy pytam o adres i numer Skotnickiego, nie wyjawia żadnych szczegółów. Z wiekiem coraz mniej chętnie dzieli się wiedzą. Boi się kontrowersji, nie ufa mojemu brudnemu stylowi. Dreszczem rozkoszy napawa go fakt, że tylko on zna miejsce pobytu doktora. Jedyną informacją, jaką zdradza, jest nazwa przychodni, w której Skotnicki kiedyś pracował: Wiejski Ośrodek Zdrowia w Łaniętach.

***

- Ostatni raz powtarzam, nie mogę podać numeru do doktora. Pan doktor jest na emeryturze, nie życzy sobie żadnych wizyt.

- Droga Pani, to sprawa życia i śmierci, w grę wchodzą ogromne pieniądze, jestem przedstawicielem rządu Rzeczpospolitej.

- Pan doktor nie życzy sobie żadnych wizyt.

- Powiem wprost, jeżeli nie dostanę tego numeru, czekają Panią poważne konsekwencje prawne. Kolekcja doktora ma dla polskiej sztuki kluczową wartość. Odmowa z Pani strony byłaby działaniem na szkodę interesu narodowego.

- Ma Pan coś do pisania?

***

Pierwsza rozmowa z doktorem została zarejestrowana i przekazana warszawskiemu Muzeum Sportu, które posiada obecnie wyłączność na publikację.

***

Zanim Skotnicki zgodził się na spotkanie, zadał kilka rozpoznawczych ciosów. Skąd mam numer? Kogo reprezentuję? Dlaczego interesuję się starym, schorowanym zwierzęciem? Kiedy otrzymał czołobitne odpowiedzi, podsumował rozmowę w krótkich, żołnierskich słowach: proszę o pielgrzymkę w połowie kwietnia, mieszkam w Raciborowie pod Kutnem, dzień przed spotkaniem podam szczegóły dojazdu do mojej lepianki.

No i jeszcze jedno, niech Pan weźmie ze sobą pięciogwiazdkową Metaxę.

Ten pozbawiony nadziei, a zarazem pulsujący ton, stał się lejtmotywem skotnickiej pieśni.

*** 

Na wydanie reportażu o Skotnickim zgodziło się wydawnictwo Ebr, jeden z najdziwniejszych tworów na pięściarskim rynku, skupiający klasyczne nazwiska i wierchuszkę współczesnego pisania o boksie. Na łamach Ebr ukazywały się teksty takich wariatów jak Paul Polansky, Edward Kurowski, Wojciech Gorczyca czy George Hanson Junior. Sprawdźcie ich biografie, nie będę wam tutaj niczego podawał na tacy. Pamiętajcie, że boxing writing is not dead.

Z redaktorem naczelnym tego przedsięwzięcia, warcholskim fotografem Jakubem Dobkiem, ruszałem w trasę nie pierwszy raz. Jak zawsze gotowy na wszystko. Nigdy na przykład nie zapomnę, jak torturowaliśmy w Stuttgarcie Przemka Osiaka z Przeglądu Sportowego. Tuż przed walką Huck vs Powietkin przywiązaliśmy go w hotelu do krzesła i naćpaliśmy jakimś syfem kupionym od bułgarskiego dilera. Była to kara za przeglądowe nudziarstwo. Dobek nie pierdolił się w tańcu, miał na koncie dziesiątki ataków na mainstreamowe media, ale tym razem nawet on najadł się strachu. Osiak prawie wyzionął ducha i po powrocie do Polski rozpętał przeciwko nam kampanię czarnego pijaru. Taka karma, mówiłem sobie w drodze do Raciborowa.

PRELUDIUM

Za przejazdem kolejowym, na wysokości drewnianej, wiejskiej kapliczki skręca się w lewo. Ubita droga prowadzi przez pola w stronę zagajnika. Na wschodzie roztacza się panorama Głogowca. Uboga, żałosna kraina. W cieniu szarego słońca leżą równiny, dymią kominy Łodzi, dalekie drzewa są ogołocone z liści, domy lśnią dachami: to jest jądro powiatu kutnowskiego. Nad Głogowcem góruje Sanktuarium Matki Bożej Głogowieckiej, patronki tej ziemi. Szesnastowieczny, murowany kościół wyróżnia się rzadkim przykładem sakralnej architektury-gotycko renesansowej. Ołtarz główny to obraz Matki Bożej, będący kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Został namalowany z rozkazu króla Władysława Jagiełły, po najeździe Husytów i sprofanowaniu oryginału. Do głogowieckiej kopii pielgrzymowali przez setki lat wielcy Polacy, których postacie utrwalono niedawno na ścianie kościoła za sprawą absurdalnie kiczowatego fresku. Stefan Batory, Jan III Sobieski, Tadeusz Kościuszko, Emilia Plater, Józef Piłsudski, Andrzej Lepper i Jan Paweł Drugi stoją na schodach prowadzących do bramy raju. Widzę w ich miejscu autorów wydawnictwa Ebr, niosących na rękach martwych pięściarzy: Kuleja, Pietrzykowskiego, Średnickiego, Drogosza i wielu innych. Niech się wypełni wola polskiego boksu.

Na wysokości zagajnika jeszcze raz w lewo, między białe domy. Wśród nich lepianka Skotnickiego, mała i schludna dacza ogrodzona kutym płotem. Ubrany w polarową kamizelkę gospodarz wita nas w progu i zaprasza do stołu. Mijamy półki usłane tysiącami książek i kaset wideo. Doktor porusza się z pomocą czterokołowego chodzika, płynie przez salon niczym stary Rolls-Royce na bulwarze w Brighton. Dopiero kiedy siada, mam okazję przyjrzeć się mu bliżej. Twarz wiecznego epikurejczyka otoczona siwą brodą, błyszczące ironią oczy. Otwieramy Metaxę i pozwalamy jej zmieszać się z kawą.

- Urodziłem się w Koluszkach, słynnych swego czasu z najbrzydszego dworca w Polsce. Kojarzy Pan to miasteczko?

Usiłuję odnaleźć w pamięci Koluszki. Przez chwilę zamierzam się poddać, ale wdziera mi się do łba zwalista sylwetka, ospowata gęba o rozbitym, bokserskim nosie i małych, głęboko osadzonych oczkach. Bezczelny śmiech, odór wódki, wykrzyczane bluźnierstwo: to ja jestem bogiem pięści! Beze mnie się w tym kraju o mordobiciu nie gada! Chcieliście boksu, no to go macie, skumbrie w tomacie, Brycht.

- Niedawno czytałem pierwszy zbiór reportaży Brychta, ''Czerwony węgiel'', wydany przez PAX w 1960 roku. Pisał tam o Koluszkach, pod socrealistycznym płaszczykiem nabijał się z miejscowych władz. Nota bene zanim zaczął pisać, podobno boksował, zdobył chyba nawet jakiś medal...

- Tak było. Nie zapowiadał się wprawdzie na mistrza ringu - miał krótki wzrok, kruche kości i tak zwaną szklaną szczękę - ale był wysoki, długoręki i dysponował krótkim, bitym z półskrętu lewym hakiem, którego nie sygnalizował i przeto trudnym do uniknięcia, a w ciągu kilku poprzedzających więzienie lat stoczył kilkanaście walk. W maju 1956, po ośmiu tygodniach spędzonych pod ziemią, powołano go do reprezentacji jednostki. Rozpoczął regularne treningi, łączył je z powierzoną mu funkcją łaziennego. Nie zjeżdżał już pod ziemię, miał czas i pieniądze - w kopalnianej łaźni handlowano wódką i poszukiwanymi przez górników zegarkami z przemytu, dużymi, wypukłymi delbanami i atlanticami o ciemnych cyferblatach, zwanych "czarnym pyskiem". W ostatnich dniach lipca na Centralnym Stadionie w Katowicach, zwanych wtedy Stalinogrodem, Brycht zdobył wicemistrzostwo Śląska w wadze półciężkiej. Półfinałową walkę wygrał przez nokaut w trzeciej rundzie, ale wkrótce potem złamał rękę i nie stanął do finału. Według innej wersji w meczu finałowym ugryzł przeciwnika w bark i został zdyskwalifikowany... Czego to on zresztą nie robił. Pamiętam, jak byliśmy w Łodzi na jakiejś prywatce i złamał sobie ząb przy otwieraniu piwa. Widziałem go wtedy po raz ostatni.

Gadka o Brychcie przełamuje pierwsze lody. Skotnicki zaczyna opowiadać, koncentrując się od początku tylko na boksie. Życie zawodowe jest dla niego tematem niewiele znaczącym. Ot, trzeba było z czegoś żyć i zostało się lekarzem. 45 lat pracy w pobliskim Siemianowie zleciało jak z bicza trzasł. Najpierw jako pediatra, później jako lekarz rodzinny, bo dzieci i ich matki zaczęły wkurwiać. A czas poza pracą? ''Szary żywot domorosłego histeryka'', żadnych większych ekscesów, postawa uważnego obserwatora i badacza, pozostającego w dystansie do spraw tego świata. Lata młodości w robotniczej Łodzi nieco bardziej burzliwe, ale nudne w porównaniu do takiego Brychta. Ciekawe rzeczy działy się jedynie w bibliotekach i listach, za biurkiem i w nocnej ciszy, gdy chory na pięściarstwo człowiek oddawał się nałogowi.

MIĘDZY LINAMI

Dociekliwa natura młodego Janka doprowadza nauczycieli do białej gorączki. Wzywają rodziców do szkoły, żądają wzięcia chłopaka w karby. Dość zadawania kłopotliwych pytań, ciągłego podważania autorytetu, przedstawiania coraz to nowszych dowodów belferskiej niewiedzy. Cieszy fakt, że Janek całe dnie spędza nad książkami, że zgłębia historię jak żaden uczeń przed nim, ale na Boga, to nie może prowadzić do anarchii. 

Tymczasem w jankowym umyśle kiełkuje obsesja, która oplecie jego życie na amen. W 1958 roku wpada mu w ręce pierwszy numer miesięcznika ''Boks'', redagowany przez zespół pod przewodnictwem Aleksandra Rekszy. Skotnicki staje się stałym i fanatycznym czytelnikiem. Co pcha go w stronę boksu? Nie szuka odpowiedzi w stylu Joyce Carol Oates, Mailera, Polansky'ego i reszty twórców zarażonych pięściarstwem. Uważa się za wiernego sługę historii, nie ma zamiaru poświęcać czasu na poetycką psychoanalizę. Piorun po prostu pierdolnął, coś przeskoczyło w czerepie.

''Boks'' szybko zdobywa status szanowanego i popularnego periodyku. Posiada bardzo szeroki przekrój czytelników - od klasy robotniczej, przez ludzi marginesu, do inteligencji, z Dygatem, Konwickim i Henem na czele. Oprócz wysokiej klasy redaktorów, sprzyjają mu złote lata polskiego pięściarstwa. Na międzynarodowych imprezach zdobywamy medal za medalem, jesteśmy prawdziwą potęgą. Na łamach ''Boksu'' regularnie organizuje się konkursy, w których czytelnicy typują wyniki najważniejszych turniejów z udziałem Polaków. Jeden z takich konkursów kończy się druzgoczącym zwycięstwem Skotnickiego, który w 1959 roku bezbłędnie wskazuje mistrzów Europy z Lucerny. Wśród nich są trzej biało-czerwoni: baletmistrz Adamski, czarodziej Drogosz i elegant Pietrzykowski. Nazwisko czytelnika z Łodzi poznaje cała pięściarska Polska. Skotnicki nie zamierza jednak osiadać na laurach, idzie za ciosem i zwraca uwagę na zakazany w bloku wschodnim boks zawodowy, opisywany w miesięczniku Rekszy jako dyscyplina drugoplanowa w stosunku do olimpijskiej odmiany szermierki na pięści.

To, co najrzadsze i najtrudniej dostępne, wciąga Janka jak brązowy cukier. Około 1961 roku do redakcji trafia kolejny list łodzianina, w którym domaga się większej ilości artykułów na temat zawodowstwa. Reksza nie wytrzymuje, reaguje ostrzej niż kiedykolwiek: ''Dość mamy Pańskich nieustających pytań i pouczeń, piszemy o zawodowstwie tyle, ile możemy''. Odpowiedź Skotnickiego jest spokojna i pozbawiona agresji. Dochodzi do spotkania z Rekszą w warszawskiej siedzibie ''Boksu'', skąpanej w oparach nikotyny i alkoholu. Dwaj miłośnicy szlachetnej sztuki samoobrony podają sobie ręce na środku ringu. Charyzmatyczny, porównywany przez współczesnych do Londona redaktor, autor kilku książek o życiu profesjonalnych czempionów, otwiera się przed młodym adeptem. Docenia jego pasję i tłumaczy swoje racje. Ku zaskoczeniu środowiska, pożycza Jankowi jedyny w kraju egzemplarz ''Księgi Rekordów'' Nata Fleischera, książki uważanej wówczas za absolutną wyrocznię w sprawach anglosaskiego ''prizefighting''. Trzy dekady później Skotnicki stwierdzi, że nigdy nie zapomni ''bezsennych nocy spędzonych na ręcznym przepisywaniu arcydzieła''. Oto punkt zwrotny nie tylko w jego życiu, ale także w historii polskiej literatury bokserskiej.

W połowie lat 80. doktor cieszy się powszechnym uznaniem w hermetycznym środowisku historyków pięściarstwa. Prowadzi korespondencję z ekspertami z całego świata, wertuje źródła z osiemnastego i dziewiętnastego wieku w poszukiwaniu bezcennych informacji. Zawiera przyjaźnie z Billem Matthewsem, Gilbertem Oddem, Andre Collinem, Giuseppe Ballaratim i innymi członkami zakonu IBRO. Toczy brutalną wojnę z Tonym Gee, próbującym zdyskredytować rywala ze Wschodu w oczach bractwa. Gee oskarża Skotnickiego o bezprawne wykorzystanie angielskich archiwów, żąda publicznych przeprosin, dążąc przy tym do utworzenia własnej organizacji. ''Jak się trafi na bufonowatą kurwę, to jest klęska''. Poparcie dla doktora ze strony władz IBRO pozwala jednak przezwyciężyć schizmę i oczyścić dobre imię Polaka. Dyskretnemu ochłodzeniu ulegają natomiast stosunki z Rekszą, który nie może się chyba pogodzić z ewolucją dawnego ucznia. Janek przeobraża się w naukowe monstrum, osiąga nowy poziom wiedzy, niedostępny w czasach, gdy Reksza święcił tryumfy. Śmierć legendarnego naczelnego ''Boksu'' w lipcu 1985 roku kończy pewną epokę.

Pierwszym dziełem Skotnickiego napisanym po śmierci Rekszy jest sześciotomowa monografia ''The Bare Knuckle Record Book'', wydana w podziemnym obiegu. To próba kompilacji najważniejszych rekordów pięściarzy zawodowych, próba ambitna i doceniona w wąskim gronie specjalistów. Przełomem w twórczości doktora staje się jednak piętnastotomowa seria ''Zawodowcy'', owoc iście benedyktyńskiej pracy. Barwny i uczciwy styl, rozmach nakreślonej panoramy, niemal stuprocentowa wiarygodność rekordów i niezwykła dokładność w relacjonowaniu walk - opus magnum historyka spod Kutna do dziś wyznacza standardy pisania o dziejach pięściarstwa. Mamy tu wszystko: starożytne igrzyska, brytyjskie pojedynki na gołe pięści, erę markiza Queensberry, szkice na tematy, jakich żaden Polak wcześniej ani później nie poruszał, choćby na temat pięściarstwa południowoafrykańskiego. By wydać sześć tysięcy egzemplarzy ''Zawodowców'', Skotnicki wziął na początku lat 90. 140 milionów złotych kredytu i założył wydawnictwo Kask. Składał książki w programie Aldus PageMaker 1.0, pierwotnym i skutecznym jak irańscy królowie boksu. Ostateczne bankructwo Kasku na progu XXI wieku było symbolem duchowego bankructwa polskich czytelników, żałobnym akordem oratorium świętego Jana.

KOMUNIA

Przechodzimy do pokoju, w którym znajduje się serce kolekcji. Doktor podaje nam książki z nabożną czcią, dbając o każdy szczegół liturgii. Religia i choroba łączą się w doskonale czystym narkotyku, papierowym opium z przeróżnych zakątków globu. Ręce kapłana delikatnie przewracają pożółkłe stronice, kosztujemy kilku najmocniejszych odmian.

Ilustrowanej rycinami ''Boxiany'' Pierce'a Egana (London, 1812), ''szkiców o starożytnym i nowożytnym pięściarstwie'' autorstwa pierwszego dziennikarza bokserskiego i kronikarza życia londyńczyków, który stworzył tysiące pionierskich opisów kultury popularnej.

''Fistiany'' Vincenta Dowlinga (London, 1873), kroniki dokumentującej rozwój pięściarstwa w XVIII i XIX wieku z niezrównaną pieczołowitością.

''Pugilistiki'' Henry'ego Downesa Milesa (London, 1880), trzytomowej historii brytyjskiego boksu w kunsztownie pozłacanej oprawie.

Pachnącej skórą ''Księgi Rekordów'' Nata Fleischera (New York 1942 - 1986/87), zwanej w Stanach Zjednoczonych Księgą Rodzaju.

''The Fighters'' Chrisa Greyvensteina (Cape Town, 1981), ''the best book on the national boxing ever published''.

Serii rosyjskich almanachów bokserskich, surowych i treściwych.

Kolekcjonerskich roczników włoskiego ''Pugilato''.

Skotnicki wstaje i otwiera jeszcze jedną książkę, wspomnienia swego przyjaciela Przemysława Słowińskiego, seryjnego autora bestsellerowych biografii.

Męska dupa, ale nie ta, którą wysłałem ambasadorowi Hiszpanii.

Idylliczny krajobraz prowincji Umbria tworzą oliwkowe gaje i sady, rosnące wokół leżących na wzgórzach osad. W jednym z tutejszych miast, Asyżu, żył kiedyś i nauczał Giovanni Bernardone. Kiedy w środku bogato zdobionego kościoła Santa Maria degli Angeli zobaczyłem stojącą tam niewielką kapliczkę, oczy zrobiły mi się wilgotne.

J. B.

ZDJĘCIA JAKUBA DOBKA >>>

Sample: Dasko i Eleuter