W BARZE POD GONGIEM

2021-03-04 22:02:53
    Tuż przed podsumowaniem dekady z Ebr przypominamy kultowe opowiadanie Edwarda Kurowskiego ''W barze Pod Gongiem''. Bądźcie czujni, za chwilę wracamy na ostatnią walkę w tym stuleciu.

*
   
    Nie poznałem go w pierwszej chwili i nawet pomyślałem, że to ktoś podobny do Zenka Kozaka, ale kiedy go minąłem, zawołał mnie po imieniu.
    - Nie poznajesz - powiedział z wyrzutem w głosie.
    - Zmieniłeś się trochę - powiedziałem - nie widzieliśmy się tyle czasu. Gdzie się podziewałeś? - zacząłem zastanawiać się, ile to lat minęło od czasu, kiedyśmy razem w szatni oczekiwali na swoje walki, od czasu, kiedy zarówno moje, jak i jego wyjście na ring witały oklaski zgromadzonych w hali sportowej widzów.
    - Teraz mnie ludzie nie poznają - dodał z żalem.
    Kozaka, bez przesady, znała cała sportowa Polska, a Kłodzko, miasto skąd pochodził, wprost go uwielbiało, zwłaszcza po zdobyciu tytułu mistrza Polski.
    - Spotkajmy się wieczorem - zaproponowałem - teraz nie mam czasu. Bądź o siódmej ''Pod Gongiem''.
    - Wolałbym gdzie indziej.
    - Nadjeżdża mój tramwaj - powiedziałem. - Przyjdź ''Pod Gong'', wypijemy po kielichu i pogadamy o dawnych czasach.
    - Ja do knajp nie chodzę...
    - Do domu cię nie zaproszę, mam chorą matkę. ''Pod Gongiem'' pogadamy spokojnie. Przyjdź.
    Pobiegłem do tramwaju. Kiedy ruszył, krzyknąłem przez otwarte drzwi ''przyjdź na pewno'', ale on stał niezdecydowany, więc pomachałem jeszcze ręką, chcąc niejako nagrodzić to, że nie poznałem go w pierwszej chwili. Może dlatego, że wyłysiał, może dlatego że przytył i pobladł. Pod względem fizycznym nie był już tym samym splotem mięśni jak dawniej, tym ogorzałym, sprężystym, tryskającym zdrowiem chłopcem. Nie przypuszczałem wtedy, że Zenek może się tak zmienić. Inni po dwudziestu latach bardziej są podobni do siebie niż on po czterech czy pięciu.
    Obaj rozpoczęliśmy treningi w Pierwszym Klubie Sportowym przesiąkniętego jeszcze dymem, ale już wolnego miasta. W starych rupieciach pozostały nam dyplomy z tamtych lat. W archiwach domowych płowieją wycinki z gazet z naszymi zdjęciami, zamazują się nazwiska wypisane tłustym drukiem na sportowych szpaltach pionierskich gazet. Chwilami nie wierzę, że byłem kiedyś bokserem, a kiedy znajomi pytają ze zdziwieniem ''czy to pan?'', całkowicie już tracę ową pewność. Wydaje mi się, że gdzieś czytałem o tym, albo że mi się śniło, albo że oglądałem jakiś film o życiu sportowca.

    Siedząc wieczorem przy niezbyt czystym stoliku w restauracji ''Pod Gongiem'', niecierpliwiłem się. Bałem się, że Zenek nie przyjdzie, a tak chciałem z nim pogadać, zrehabilitować się za to, że go nie poznałem. Często o nim myślałem, zwłaszcza kiedy czytałem coś o boksie z tamtych lat, wspominałem jedną ze swoich ostatnich walki, którą stoczyłem właśnie z Kozakiem. Może nie byłby to schyłek mojej sportowej kariery, gdybym jej nie przegrał, gdyby ludzie nie mówili ''to już nie ten bokser''.
    Gdy tak siedziałem w knajpie ''Pod Gongiem'' spoglądając na drzwi przy każdym ich skrzypnięciu i mówiąc do siebie, że niepotrzebnie się denerwuję, wszedł Kozak ubrany w nowy choć nie przedniej jakości garnitur.
    Spojrzał na szatniarza, po czym zbliżył się jakoś niepewnie do mnie.
    - No, opowiadaj. Co się z tobą działo? Tyle czasu...
    - Nic - odrzekł cicho; to ''nic'' było bardzo wymowne, ale Kozak widocznie nie chciał więcej mówić. Był milczący, rzekłbym, oficjalny.
    - Nie było cię w tym mieście... - zacząłem.
    - Rzeczywiście.
    - Chyba ze dwa lata cię nie widziałem.
    Nie odpowiedział, a ja nie wiedziałem, czy ten temat go denerwuje, czy w ogóle jest dziś w złym nastroju, co dawniej mu się nie zdarzało. Wobec tego po co zaczepiał mnie dziś przed południem? Po co się ze mną spotkał?
    - Czasem szukałem cię na zawodach - powiedziałem po chwili milczenia. - Innych dawnych bokserów spotykałem, a ciebie nie. Kasperczaka nawet pytałem, czy nie wie, gdzie jesteś. Nie wiedział. Dobrze, że się znalazłeś. Halo, proszę pani. Dwie setki i... - spojrzałem na Zenka - co zjesz?
    Wzruszył ramionami, po czym odrzekł, że wszystko jedno.
    - Śledzia w oleju? - zapytałem.
    - Może być.
    - Może wolisz sałatkę?
    - Niech będzie sałatka.
    - Jest świeża szynka - poinformowała kelnerka.
    - To proszę dwie szynki. Dlaczego jesteś bez humoru?
    - Nie jestem - odpowiedział. - Wydaje ci się.
    - Masz jakieś przykrości?
    - Żadnych.
    Intrygowało mnie jego zachowanie. Nigdy, odkąd go znałem, nie błyszczał dowcipem, nie wybuchał jak inni gromkim śmiechem bez powodu. Nigdy nie widziałem w jego oczach wielkiej radości ze zwycięstwa, ani - tak mi się przynajmniej wydawało - nie przejmował się zbytnio swoimi ringowymi porażkami. Był człowiekiem bardziej niż inni zrównoważonym. Nie miewał też żadnych zatargów z kierownictwem klubu, w odróżnieniu od pozostałych moich kolegów, ani konfliktów ulicznych. Był zawodnikiem, na którego trener zawsze mógł liczyć, gdyż przez wiele lat wciąż walczył na swoim normalnym poziomie.
    Pomyślałem: zakochał się, wyjechał. Sielanka trwała dwa lata, skończyła się. Dziewczyna zostawiła go, więc wrócił na stare śmieci. Jak wypije, może stanie się rozmowniejszy.
    - Twoje zdrowie, Zenek - powiedziałem unosząc kieliszek.
    - Za nasze spotkanie - poprawił.
    Zimne szkło pokryło się mgiełką.
    - Cieszę się, żeśmy się spotkali.
    Krajaliśmy szynkę, nóż zgrzytał na porcelanie talerzy.
    - Zaczekaj - powiedział wstając od stolika - zapytam czy nie mają chrzanu.
    Przytrzymałem go za rękę.
    - Zawołam kelnerkę. Siadaj.
    - Bardzo lubię chrzan.
    - W restauracjach nie mają dobrego chrzanu.
    - To prawda. Moja mama robi chrzan z jajkiem i ze śmietaną.
    Zatrzymałem przechodzącą kelnerkę, poprosiłem o chrzan i o następną kolejkę wódki i wtedy zauważyłem grymas niezadowolenia na twarzy byłego boksera.
    - Ja nie mogę więcej pić - powiedział; nie protestował, lecz tłumaczył się, było mu przykro z tego powodu.
    - Dlaczego? - zdziwiłem się.
    Zenek nigdy nie był pijakiem, ale nawet wtedy, kiedy czynnie uprawiał sport, nie odmawiał wypicia paru kieliszków.
    - Chory jesteś? - zapytałem.
    Zaprzeczył.
    - No to co?
    Milczał tym wymownym milczeniem, w którym kryje się chęć opowiedzenia całej prawdy, ale nie zdobył się na to, więc chwycił za kieliszek i wypił go jednym haustem. Odstawił. Zakąski więcej nie ruszał, być może usłyszał dochodzącą z sąsiedniego stolika rozmowę. ''Tak, to on'', po czym drugi lekceważący głos ''Zaraz mu dołożymy''. I pierwszy: ''Pośpiesz się, bo nam zwieje'', ''Jeszcze po jednym i do roboty''.
    Nie wiedziałem, kim są rozmawiający nie pierwszej młodości mężczyźni i o co im chodzi. Jedno jest pewne, że znają Zenka dawno i nie tylko z ringu. Począłem coś do niego mówić, żeby nie słyszał tej rozmowy, ale tamci zachowywali się prowokacyjnie. Zenek nie mógł nie słyszeć tej pijackiej paplaniny. Pomyślałem: dobrze, niech sprowokują bójkę, Zenek zdmuchnie ich obu jednym ciosem. Chciałem powiedzieć do Kozaka ''Załatw z nimi, ja będę świadkiem, w razie gdyby wezwali milicję''. Nic nie będę mówił - pomyślałem - Zenek sam wie, jak to załatwić, ale dawny bokser zachował się zupełnie inaczej, jak w okresie, kiedy byliśmy zawodnikami. Po prostu powiedział, że już sobie pójdzie.
    Dokąd? - zapytałem zaskoczony; dawniej nie darowałby pijakom takiej dyskusji. Podszedłby do nich i powiedział: ''Panowie zdaje się macie jakąś sprawę do mnie... Jestem do dyspozycji...''
    - Muszę jeszcze coś załatwić dziś - powiedział wstając.
    - Co? - zdziwiłem się.
    Nie odpowiedział, ale wyraźnie był niespokojny. Wiedziałem, że nie ma już dziś żadnych spraw do załatwienia, że o coś innego tu chodzi.
    - Zatrzymać cię nie mogę - odpowiedziałem. - Szkoda, że się śpieszysz.
    - Kiedy ubieraliśmy się w szatni, podpity facet coraz wyraźniej prowokował Zenka. Mówił wprost: ''Zaczekaj, frajerze''. Powiedziałem do nieznajomego ''Zamknij pan jadaczkę'', ale on nie zwrócił na mnie uwagi.
    Przed knajpą Zenek pożegnał się ze mną i szybko odszedł, nie pytając nawet, czy nie idę w jego stronę.
    Wiedziałem, że przeżywa to, co zaszło w knajpie, oraz to, że nie mógł zareagować inaczej.
    Wróciłem do restauracji i podszedłem do stolika, przy którym siedzieli dwaj podpici mężczyźni. Zapytałem, o co im chodzi. Byłem gotów rąbnąć któregoś w szczękę tak, żeby zleciał pod stół.
    Odpowiedzieli, że nic do mnie nie mają.
    - Obrażacie panowie mojego przyjaciela.
    - Niech pan się z nim nie przyjaźni - powiedział jeden i chwycił mnie za rękaw - niech pan siada.
    Wyrwałem rękę.
    - Proszę mnie nie dotykać!
    - Niech się pan z nami napije - powiedział drugi.
    - Nie. Chcę wiedzieć, dlaczego obrażacie mojego kolegę. Przecież mógłby wam zęby powybijać. On ma potworne kopyto.
    - Wiemy - odpowiedzieli zgodnie. Znamy go bardzo dobrze i pana też znamy.
    - Bardzo mi miło - mruknąłem - ale nie prowokujcie Kozaka, bo wam szczęki połamie i będziecie przez słomkę wódkę pić. Do widzenia.
    - O, nie - zaprotestowali obaj jednocześnie - on już nigdy nikogo nie uderzy.
    - Co?... - wróciłem do stolika.
    - Powiedzieliśmy, że on już nigdy nikogo nie uderzy.
    - Skąd ta pewność? - zapytałem. Czyżby dzisiejsze zachowanie się Kozaka upoważniało ich do takiego stwierdzenia? A może coś więcej o nim wiedzą?
    - Stąd... - mruknął jeden.
    - Bo zabił człowieka - dodał drugi.
    - To pan nie wie? - zapytał pierwszy.
    - Nie.
    - W ''Kolorowej''.
    - Naszego przyjaciela zabił.
    - Ile dostał? - zapytałem; usiadłem, a oni zamówili trzy wódki.
    - Nic - odpowiedzieli. - Uniewinniony. Bo uderzył gołą ręką. Jakby kamieniem albo cegłą, to pewnie by siedział, ale ręką...
    - Wszystko jedno - powiedziałem - ale zabił...
    - W sądzie potraktowali go ulgowo, bo w obronie kobiety. Dżentelmen się znalazł.
    - I od tego czasu - wtrąciłem - Zenek tej ręki nie używa... A panowie z tego korzystacie.
    - No to ciach! - powiedział bardziej agresywny z mężczyzn, unosząc kieliszek.
    - Nie słyszałem, żeby Kozak wmieszany był w jakiekolwiek pozaringowe bójki... - Serwetek na stole nie było, więc wytarłem dłonią usta.
    - O - powiedział drugi, spokojniejszy mężczyzna; odstawił pusty kieliszek i złapał się za nos - widzi pan?... - poruszył nosem - chrząstka złamana. Za co?... Kolega szynę nosił przez miesiąc w gębie, a trzeci nasz przyjaciel od dwóch lat w charakterze ducha. I za co?... Za to, żeśmy trochę pożartowali z dziewczyny, którą on prowadził pod rękę. Pożartować nie można?

                                                                        E.K.